Dlaczego seks sprawia, że płaczę i czemu nie mam czasem na niego ochoty

Mija miesiąc od ostatniego razu kiedy kochałam się z partnerem. Tak naprawdę kochałam. Z uwagą, oddaniem i pełnym zaangażowaniem. Z chęcią i ekscytacją. Ostatni raz właśnie taki był. Pełen głębi uczuć i emocji. Upływające minuty, a potem godziny nie miały znaczenia i formy czasu, była tylko przestrzeń i my.

Miesiąc podczas którego moja ochota na zbliżenie kompletnie opadła, głowę zajęły mi życiowe i zawodowe sprawy, jakieś codzienne problemy i zadania. Przytłoczył ogrom pracy i jedyne o czym marzyłam to aby przestać myśleć, zasnąć ciężkim spokojnym snem chociaż na jedną noc i obudzić się świeża i lekka jak wiosna. Gdzieś po drodze wyparowało moje pożądanie i kontakt z moją potrzebą seksualną.

Partner zaczął zauważać spadek zainteresowania dość szybko. Najpierw było mnóstwo wymówek i realnych obowiązków, które utrudniały znalezienie dłuższej chwili na seks. Pocieszaliśmy się krótkimi pieszczotami, samo przyjemnością, czy seksy rozmowami. Jednak kiedy jest się bardzo blisko, tak jak my, ciężko jest nabrać drugą osobę lub sprawić, że zadowoli się średnią wymówką. Bystre oczy zauważają zmianę, która odbywa się bez słów. Widzą prawdę lub zmieszanie na mojej twarzy i ucieczkę w „robienie”. Robienie czegoś innego. Herbaty, odkurzania, pisania ważnych wiadomości, odtrącania małych gestów i czułości.

Ciało ukochanego reaguje na coraz większy dystans, czuje że i on się oddala, czasem jest lekko zraniony czy zawiedziony, ale próbuje tego nie okazywać i nie wywierać presji. Tygodnie mijają i nie mam już przed sobą powodów, dla których odmawiam sobie zbliżenia z nim. Zaczynam się więc oceniać. To pierwszy odruch. Stara historia. Czy wszystko jest ze mną ok? Czy jestem oziębła? Chora? Chwilę potem przychodzi refleksja. Nie rób tego. To do niczego nie prowadzi. Mówię do siebie „kochanie, co słychać? Jak się czujesz?”. Staram sobie w duchu odpowiedzieć na te pytania. Zaczynam skupiać wokół tego tematu uwagę. Ale bez poczucia winy, które kiedyś towarzyszyło mi w podobnych sytuacjach. On też mnie nie obwinia. Rozmawialiśmy o tym wiele razy. Stara się rozumieć i spokojnie przeczekać. Nie ocenia, ani nie stara się wywierać presji, mimo że wyraźnie czuje potrzebę.

Zagłębiam się w to codziennie trochę bardziej. Staram poczuć. Znam siebie. Wiem że od tak po prostu nie przestaje czuć. Pytam więc znowu: „czy jest powód? Coś się stało?”. I obserwuję. Pewnego wieczoru przy luźnej rozmowie przychodzą emocje i refleksja.

Jestem zła. Czuję blokadę i złość. Nie chcę tego. Patrzę na mojego ukochanego i mam ochotę go odtrącić. Może sprawić przykrość. „Znasz to”, mówi głoś w mojej głowie. „Jeśli tak zrobisz będziesz miała potem wyrzuty sumienia i jeszcze bardziej się zamkniesz. On też się zdystansuje.”

„I dobrze!” krzyczy moja głowa i zranione serce. „On wcale mnie nie kocha tak mocno jak mówi, więc niech pocierpi”. Nie robię tego, ale moje rozgoryczenie rośnie. Myśli taranują mnie jak lawina. „Jest mężczyzną, więc na pewno chce głównie seksu. Po prostu chce skorzystać i niewiele więcej go obchodzi.”

Na drugim biegunie pojawia się smutek i poczucie samotności. Im dalej brnę w obronę i dystansowanie się tym bardziej zamykam skorupę i otaczam się murami.

Pod powiekami czuje pieczenie oznajmiające łzy, wiec jeszcze bardziej się zatykam, wstrzymuje oddech i odwracam od niego pod pretekstem wzięcia czegoś z półki. Nerwowo krzątam się po domu, przestawiam rzeczy, denerwuje kiedy znajduje jego porozrzucane ciuchy. Wszystko to jest mi dobrze znanym schematem oddalania od siebie nieuniknionego, czyli konfrontacji z samą sobą.

„Nie chce!” myślę gorączkowo. „Nie chce czuć!” Chce zapomnieć, odpłynąć w przestrzeń bez czasu i zmagań. Bez poczucia słabości ze smutku i cierpienia, które wiele lat były moim udziałem. Zamiast jednak walczyć, co również wiele lat robiłam i raczej przyniosło opłakane efekty, staram się zwolnić.

Czule obserwuje mojego partnera ukradkiem kiedy nie widzi. Tył jego głowy, rozwichrzone włosy, dłonie pracujące na klawiaturze. Oddycham głębiej. Przecież to mój ukochany. Czuje ze mnie kocha i chce dobrze. Jakoś brzuch mi się rozluźnia i spięte ramiona opadają. Przymykam oczy i czuje ścisk w gardle. „Trzeba porozmawiać”, myślę. Zdobywam się na konfrontacje.

Siadam w fotelu obok i pytam czy chce pogadać, bo mam ważne refleksje. On chce i słucha. Mówię więc, że czuję dystans, że czasem dopada mnie lęk że zostanę opuszczona. Raz sobie z tym radzę, a raz nie. Tym razem się zamknęłam w sobie. Przepraszam że bywam nieznośna z tego powodu. Że wynajduję małe nieistotne szczegóły, których się czepiam i dają mi pretekst to wyżycia się i udowadniania sobie, że „mam rację” – że tak naprawdę nikt mnie nie kocha i jestem sama i porzucona. Kiedy ten dramat ze mnie schodzi, historia przestaje być istotna, staje się niemal absurdalna.

Mój partner mówi, że postara się być bardziej uważny i czuły. Ja się rozluźniam i jest mi miękko i swojo.

Następny dzień jest zupełnie inny, spokojniejszy. Myśli jakby ucichły. Proces, który się we mnie dzieje powoli napiera na moja klatkę piersiowa i miednicę. Pierwszy raz od paru tygodni czuję prawdziwy pociąg i chęć na zbliżenie. Nie taki wilczy, kompulsywny, ognisty. Łagodny i sensualny. Pełen delikatności. Do mnie, mojej wrażliwości i granic na ten moment.

Przytulamy się na łóżku i naturalnie zaczyna płynąć między nami pożądanie. Nigdzie się nie spieszymy, chociaż temperatura rośnie z minuty na minutę. On pobudza moje ciało uciskając spięte mięśnie, gładząc szyję i plecy. Całujemy się jak na pierwszych randkach, stęsknieni za sobą, ciasno spleceni, w kompletnym zapomnieniu.  W pewnym momencie czuję, że pragnę aby się we mnie zagłębił całym sobą. Siadam na nim i właściwie już to, że we mnie wchodzi sprawia, że po prostu drżę. Z przyjemności, tęsknoty, zjednoczenia, otwarcia.

Mój ukochany ma śmiejące się, cudowne oczy. Czuje się kompletnie bezbronna, odsłonięta, krucha. Mam wrażenie, że zaraz się rozpadnę albo zostanę zaskoczona gwałtownym ruchem, przed którym będę musiała się obronić. To jeszcze lęk daje się we znaki. Kiedy tak siedzę naga, połączona z partnerem w zupełnej szczerości i prawdzie chwili, łzy zaczynają wylewać się ze mnie strumieniami, patrzę w jego oczy i widzę wzruszenie, szczerą radość i miłość.

Moja skorupa zupełnie pęka, płaczę z ulgi, smutku, radości. Ten stan zmienia się z sekundy na sekundę. Klatka piersiowa mnie rozpiera, szlocham i śmieje się na przemian. Emocje, przyjemność, westchnienia zlewają się w jedno. Cały czas jesteśmy połączeni. On mnie przytula i gładzi mówiąc „wypłacz to kochanie, jestem”.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *